Jedna z naszych czytelniczek, nadesłała do nas list. Nie będziemy go analizować ani rozważać, gdyż umiejetnie wyjaśniła wszytskie zależności dotyczące miłości, ktora zamiast dodawać jej energii do życia, powodować w niej radość i błogość, była dla niej ciężarem u nogi.

„Cześć,

Wiem, że muszę wylać to z siebie, by poczuć się lepiej. Wczoraj podczas rozmowy z przyjaciołką, zrozumiałam etiologię takiego a nie innego mojego samopoczucia. A jakie ono jest? Czułam pustkę, zdenerwowanie, lęk, napięcie co powodowało u mnie wzmożone jedzenie, mniejszą koncentracje na priorytetach, pracy, sporcie, przestałam rozwijać swoje wnętrze.

Moja przyjaciółka, powiedziała mi wczoraj jedną ważną rzecz: „Może być tak, że to on ściąga Cię w dół”. Zapytałam: JAK TO? Lecz pytanie to zadałam samej sobie, a nie przyjaciółce, ta jednak wytrwale czekała po drugiej stronie słuchwaki telefonu, aż sama sobie na to pytanie odpowiem.

I odpowiedziałam. Trwało to jakies dwadzieścia minut. Połączyłam wszytskie kropki ze sobą. I tak na przykład: pamietam doskonale ten moment, gdy go poznałam, pięknie zbudowane, atletyczne ciało, uśmiech na twarzy, ciepło i otwartość. Był zachowawczy i stonowany, zrobił na mnie wrażenie tym zadowoleniem z życia, bo ja sama przechodziłam akurat gorszy okres w moim życiu. Przez pierwsze dwa tygodnie, to była magia. Jadłam mniej, bo endorfiny szałały, energii miałam znacznie więcej, bo przecież zauroczenie dodaje sił, sprawia, że nie chcemy marnować czasu na sen.

Ale szybko zaczełam okłamywać samą siebie.

Po tym krótkim czasie spotykania się, on zaczął angażować mnie w życie swojej rodziny, a ja chciałam moja jeszcze trzymać na dystans, bo przecież czym są dwa miesiące. Jego rodzina mówiła, że już mnie pokochali…no tak, to jego pierwszy związem, wczesniej były tylko przelotne znajomości.

Zapoznał mnie też ze …współlokatorami. No tak, to był ten pierwszy moment kiedy poczułam, że to nie to. Nie czułam tego w ujęciu materialnym, ale emocjonalnym, gdyż zobaczyłam dużą więz między nim a lokatorami, którzy są od niego o ponad 10 lat młodsci. Zobaczyłam, że temtyka rozmów mu odpowiada, że wcale nie szuka więcej, nie dąży do rozwoju intelektualnego, a ja…ja jestem przodowniczką i szukam wrażen duchowych bardziej niż fizycznych. Muszę móc rozmawiać, rozstrząsać trudne bądz ciekawe tematy.

Tymczasem miesiąc pózniej…nadal to samo. Jedzenie, spanie, sex. Jedzenie, spanie, sex.

Jedyne stałe rozmowy to rozmowy o sporcie, gdyz jest on osoba bardzo aktywna fizycznie. No tak, ale ile mozna rozmawiać o wpływie sportu na ciało? Mimo, że sama sie sportem pasjonuję.

Wiedziałam, że w tym związku czuję się zle, że faktycznie ściąga mnie w dół, że nie zaspokaja moich potrzeb emocjonalnych i intelektualnych, a jednak w nim trwałam.

Kolejne miesiące ciągnełam to, bo …szkod ami go było, przeciez zapoznał mnie ze sowja rodziną, ze sowimi bliskimi, sprawiałam usmiech na jego twarzy, było mu ze mnie wspaniale, powodowałam w nim szczęście, z niecieprliwościa czekał na każde spotkanie ze mna, zaczął juz mówić o zamieszkaniu razem, o małżenstwie, dziecku. Mimo, że mineły tylko trzy miesiące.

Zastanawiam się kiedy pozwoliłam na to, by aż tak mono się zaangażował. Żałuję, że nie zakończyłam tego, wtedy, gdy pierwsze jego zachowania, ktore mi ni odpowiadały, zwróciły na siebie moja uwagę, wówczas nie musiałby teraz cierpieć, a myslę, że będzie, choć istnieje szansa, że skoro tak szybko mnie pokocha, to i szybko będzie w stanie to uczucie w sobie zwalczyć.

Widzicie…nawet teraz czuje się winna.

Za dwa dni wraca z wakacji świątecznych i wówczas porozmawiam z nim, wyjasniając powód rozstania.

Ale jaki jest ten powód?

No właśnie, oto do czego doszłam: moje potrzeby nie są zaspokajane, mimo, że mężczyzna ten nadal ma piekne ciało, jest ciepły, uśmiechnięty i zadowolony  z życia.

Ponownie zrobiłam sama sobie krzywdę, gdyż zamiast dac tej znajomości czas na rozwinięcie się, to po tygodniu znajomości pozwoliłam na budowanie z tego związku. To za szybko, znacznie za szybko. W tym przypadku konsekwencje nie są duże, wiem, że on się szybko pozbiera, a ja nauczyłam się siebie, patrzcie jednak jak wiele kobiet i mężczyzn zostaje rodzicami poprzez takie nagle i emcojonalne decyzje, zobaczie jak wielu bierze ślub po krótkim czasie znajomości, gdzie nagle okazuje się: „Ale zaraz! Czegoś mi tu brakuje”. Nie róbmy tego sobie!

Co ze mna zrobiły te ostatnie miesiące?

Moj spadek energetyczny był znaczny, przestałam odczuwać siebie i świat wokół mnie jako fajny, ciekawy i pełen miłości, bo byłam w ciągłym pośpiechu do niego, gdyz skoro on z utęsklnieniem na mnie czekał, to spychałam wszytsko inne na bok.

Zaniedbałam swoje trenigi, przez co przypełzało mi się kilka nadmiernych kilogramów.

Przestałam czytac książki, no bo po co, skoro nie mogę z nim rozmawiać o ich treściach?

Dbałam o jego komfort bardziej niż o swój, a więc sama przed sobą zaniżałam swoja wartość. Konfrontacja z młodymi studentami z jego mieszkania równeiż spowodowała, że czułam sie juz wystarczająco rozwinięta intelektualnie, więc po co rozwijać się bardziej?

Wiem, wiem, pokochałam za bardzo…tzn. nawet nie pokochałam, co za bardzo się zaangażowałam w jego jestestwo, spychając moje własne na drugi plan.

Przytoczę Wam cytat z jednej z przeczytanych przeze mnie książek. Żałuję, że nie wracałam do niej podczas rozwoju tej relacji, gdyz byc może wtedy nie zapomniałabym o sobie aż tak bardzo.

„Bo kochać za bardzo nie znaczy bynajmniej kochać za wielu, za często bądź za głęboko. Kochać za bardzo to popaść w obsesję i nazwać ją „miłością”, a następnie pozwolić, by owładnęła naszymi uczuciami i zachowaniem do tego stopnia, że nie potrafimy odejść od mężczyzny, choć doskonale wiemy, że ma to rujnujące skutki dla naszego zdrowia i równowagi psychicznej. Kochać za bardzo to mierzyć miłość rozmiarami naszych męczarni”, R. Noorwood. 

 Zdobyłam się na napisanie do Was, bo wiem, że tym razem juz naprawdę będę w stanie zakończyć ten etap w moim zyciu, choć poedjśc robiłam juz chyba cztery. Teraz, gdy nie ma go przy mnie od prawie dóch tygodni, odzyskuje na nowo wiarę we własne możliwości, utwierdzam sie w swojej własnej sile i odczuwam co w ostatnich miesiącach utraciłam.
Zawsze jest czas, by zacząć od nowa!
Pozdrawiam,
Anka”.
PS. Aniu dziękujęmy za Twoją historię i chęć podzielenia się nią z nami, gdyz problematyka ‚kochania za bardzo’ jest bardzo częsta wsród kobiet i mężczyzn, niestety też bardzo często nie rozumiana.