Hej, nie znam Was, ale z coraz większą chęcią dla Was piszę.

A więc tak, moje poprzednie wpisy ukazały sie tutaj>>>   i tutaj>>>. 

Dziś chcę się pochwalić, dac sobie samej order uśmiechu i odwagi, gdyż to już mój 10 dzień bez zaburzeń odżywiania. Tak, tak. Moją drogę do zdrowia zaczęłam dnia 20 stycznia tego roku, a dziś mamy 30ego stycznia. jestem z siebie dumna. To od roku najdłuższy okres bez wymiotów i bez napadów. Nie żrę, a jem. W końcu!

Zaczynam też tracic kilogramy. Nie wchodze na wage, bo nie chcę się ani demotywować ani za bardzo motywować, gdyż znam swoje skrajności, przez co nie chcę pchać siebie ani w kompulsy ani w anorektyczne diety. Jest jak jest, jest dobrze. Spadek wagi nie jest natychmiastowy i drastyczny, jest … normalny.

Słowo „normalny” od długiego już czasu było mi kompletnie nie znane. Nie jadłam normalnie, nie gotowałam normalnie, nie robiłam normalnie zakupów, nie zachowywałam się normalnie, nie spędzałam normalnie czasu ze znajomymi w kawiarniach czy restauracjach ani wieczorów rodzinnych czy świąt. Wciąż borykałam sie z rygorami dietetycznymi, wciąż odmawiałam sobie kolejnych produktów, dodawałam ‚te zdrowsze’ bądz ‚mniej kaloryczne’.

Na drodze zdrowienia, w pierwszym tygodniu zdrowienia, pojawił się mędrzec, człowiek z ogromną wiedzą na temat tego co szkodzi, a co pomaga w procesie wychodzenia z zaburzeń emocjonalnych. Teraz wiem, że moj organizm przez te wszystkie diety i restrykcje był po prostu niedożywiony i zaburzony od środka, potrzebował własnej pielęgniarki by wyjśc z tego letargu.

Teraz odwdzięcza mi się siłą, energią. Znowu jestem w stanie wrocić do biegania, ćwiczeń, trenowania siły własnych mięśni.

Czuję się dobrze, pierwszy raz od dawien dawna.

Wiem już, że żadna dieta nigdy nie była dla mnie dobra. Spokój umysłu, poznanie własnych emocji okazały się kluczem.

Pozdrawiam,

Ania.