Dziewczyny (chłopcy zresztą też) nie studiują już tak po prostu. Mają cel, studia to tylko środek. Są dziewczyny, które studiują na dwóch, trzech fakultetach. Pierwszy ma zapewnić dobrą pracę w przyszłości, drugi służy rozwojowi – powiedzmy – duchowości. Wybiera się na przykład ekonomię, prawo, socjologię oraz kierunek „dopełniający” – filozofię, historię sztuki, etnografię. Studiowanie tylko tego, co ciekawe, to był luksus poprzednich pokoleń.

Kobiety zaczynają dziś dorosłe życie w zupełnie innej rzeczywistości niż ich rówieśniczki sprzed dziesięciu czy nawet pięciu lat. Czy one też są inne?

Kiedyś miarą dorosłości i dojrzałości była dla mnie świadomość polityczna i stopień zaangażowania w życie publiczne. Teraz to kryterium nie zdaje egzaminu.

Pewnym kryterium dojrzałości jest samodzielność finansowa. Moje pokolenie jej nie znało. Nie było szans na wynajęcie mieszkania, znalezienie pracy równolegle ze studiami. I o ile dziewczyny nie czują jeszcze swoich możliwości politycznego działania, o tyle nieźle dają sobie radę pod względem ekonomicznym.

Świat jest dziś otwarty dla młodych Polek ze środowisk inteligenckich. Mają chociażby możliwość wyjazdów na stypendia zagraniczne. One twierdzą jednak, że jest im trudniej wystartować niż kiedyś, że mają mniejsze szanse na sukces.

Teraz jest moda, by rozpoczynać karierę zawodową, a przynajmniej finansową, już na studiach. Moje studentki zajmują się dziennikarstwem, tłumaczą książki.

Może oni mają trudniej niż to pokolenie, które zrobiło błyskawiczne i łatwe kariery w pierwszym pięcioleciu „wolnej, kapitalistycznej Polski”. Teraz są niewątpliwie większe wymagania. Ale Polska nadal jest krajem, który daje szanse. Problem tkwi raczej w rosnących apetytach. Ludzie po studiach oczekują w Warszawie zarobków na poziomie 5 – 6 tys. zł. A praca za takie wynagrodzenie pociąga za sobą konsekwencje. Przede wszystkim trudności z założeniem rodziny.

Dwudziestopięcio-, trzydziestolatki coraz częściej deklarują, że wolą żyć w pojedynkę. Pewnie zdają sobie sprawę, że w gospodarce wolnorynkowej trudno jest godzić obowiązki domowe z pracą.

Kobiety chcą być samodzielne, bo pojawiły się nowe perspektywy. Widzą, że dobrze jest pójść do pracy i zarabiać. Ale większość z nich jednocześnie chce mieć dzieci. Świadomość, że to się wyklucza, pewnie wywołuje lęki. Młoda kobieta po studiach staje przed alternatywą: albo zmarnować te studia i poświęcić się dzieciom, albo pójść do firmy, gdzie bardziej lub mniej otwarcie sugeruje się, że lepiej z dzieci zrezygnować lub odłożyć taką decyzję na później. To straszny nacisk. Tylko w budżetówce jest szansa na spokojne urodzenie dziecka i kontynuowanie pracy, ale tam nie ma mowy o karierze finansowej.

Społeczeństwa wolnorynkowe, społeczeństwa dobrobytu przestają być rodzinocentryczne. Monogamiczna, rygorystyczna, wielopokoleniowa rodzina, o jakiej marzy nasza prawica, to nierealny, dawny mit. Nie da się jej odtworzyć, zamykając przedszkola i zmuszając kobiety do rodzenia dzieci. Taka idealna rodzina istniała w XIX wieku i zapewne była fantastycznym miejscem do wychowywania dzieci. Jednak ten model nie przetrwał.

Odchodzenie od rodziny, które wyraźnie widać na Zachodzie, u nas też będzie coraz bardziej odczuwalne. Teraz społeczeństwo zapewnia bezpieczeństwo materialne tym, którzy porzucają sentymentalną wizję domowych pieleszy. Albo pozostają przy niej czyimś kosztem – kobiet właśnie. Dzisiejsze studentki to wiedzą i są chyba coraz bardziej świadome, że nie chcą płacić takiej ceny. Nie po to studiują, by potem zapewnić mężowi spokojną domową przystań i umożliwić mu zrobienie kariery.

Na pierwszym miejscu wiedza, kompetencje, potem samodzielność finansowa, nierzadko – związana z nią – samodzielność egzystencjalna. Młodym kobietom chodzi głównie o odcięcie się od rodziców. A jeśli ktoś tak bardzo chce wyzwolić się z własnej rodziny, to nie będzie skory do zakładania następnej. Młodzi ludzie uważają, że najpierw trzeba się dorobić. Potem, kiedy kobieta ma trzydzieści lat, dobrze zarabia, robi karierę i mieszka sama, trudno jest jej z samodzielności zrezygnować.

Czy niezależność nie zagraża „kobiecości”?

* A cóż to jest ta kobiecość? Nie znoszę tego stereotypu, że kobiecość to potulność, wdzięk, posłuszeństwo, ograniczone horyzonty i skupienie się na własnym, wiecznie-młodym-wyglądzie, ewentualnie na dzieciach. Zapewne są takie kobiety, ale czynienie z tego kryterium kobiecości to absurd.

Kobiety są z reguły zdrowsze, dłużej żyją, łatwiej znoszą stres, lepiej przystosowują się do zmiennych warunków okresu transformacji, skuteczniej przezwyciężają kryzys. Gdy patrzę na historię tego kraju, widzę mężczyzn, którzy żyją w sferze symboli, machają szabelką, piszą wiersze, ewentualnie udają się na pielgrzymki, a kobiety żywią, zabezpieczają i wiecznie krzątając się, umożliwiają trwanie społeczeństwa, nie tylko tego zresztą. Przyszłość należy do kobiet.