Nikt nie jest tak stary, by nie mógł się jeszcze czegoś nowego nauczyć.

– Ajschylos –

 

Jest cała masa rzeczy w Stanach, które mnie denerwują i mogłabym długo i bardzo złośliwie o nich pisać (tak jak już dodałam swoje trzy grosze na temat broniurlopów macierzyńskich i samochodów). Ale dzisiaj dla odmiany chciałam napisać o czymś, co akurat bardzo mi się podoba.

Jest takie wyrażenie: „late bloomer.” Oznacza kogoś, kto zakwita późno. Kogoś, kto mimo że jest za stary na to, aby coś zrobić, robi to i do tego, czyni to w wielkim stylu.

Kto to jest? Może trochę Ty?

„Late bloomer” to przeciwieństwo kogoś, kto na przykład w wieku 38 lat jest nagradzaną prawniczką, ma na koncie całą masę wygranych spraw, doradza w ONZ, a jej mąż to znany aktor (np. George Clooney).

„Late bloomer” nie jest też kimś, kto w wieku 31 lat jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie, założył największą platformę social media, z której korzystają wszyscy, w tym przywódcy krajów i ONZ. Aha, i ma żonę, ambitną lekarkę, pracującą w jednym z najlepszych szpitali klinicznych w USA (doktor Chan).

Jeśli na podstawie tego wytłumaczenia jesteś pewny, że określenie „late bloomer” zupełnie do ciebie nie pasuje, to właściwie możesz już chyba przestać czytać ten tekst. Jeśli zaś czujesz, że masz w życiu jeszcze parę spraw do ogarnięcia, to jedziemy dalej.

Bo być może czasem zastanawiasz się, czy nie jest już na coś za późno

Być może słyszałeś coś takiego:

– „Czy nie jesteś za stara na sukces, za stary na karierę? Twój szef jest chyba młodszy?”.

– „Już za późno na rzucenie pracy w cholerę i otworzenie własnej firmy. Przegapiłeś ten moment, gdy miałeś 25 lat i więcej siły”.

– „Cooo? Chcesz zostać pielęgniarką? strażakiem? lekarzem? Odbiło ci. Będziesz musiał uczyć się od nowa z młokosami. To niepoważne”.

– „Jesteś za stary na pisanie do internetu. W internetach królują nastolatki, tzw. pokolenie social media native”.

– „Już nastoletni geniusze wymyślają leki na raka, a ty co zrobiłeś? Ty już lepiej tylko pracuj i oglądaj telewizję, oczekując na emeryturę”.

W końcu wszyscy karmieni jesteśmy poglądem, że najwięcej można osiągnąć, gdy ma się około dwudziestki, a kto do trzydziestki (no może do 38) nie został gwiazdą, prawdziwą superstar, to być może już nigdy tego nie zrobi. Wszyscy wiemy, że Zuckerberg Facebooka założył, kiedy jeszcze nie przeszedł mutacji głosu i ledwo co sypnął mu się wąs (tutaj pozdrawiamy serdecznie osoby odpowiedzialne za monitoring jego wizerunku w internecie). Później sam w jakimś wywiadzie chlapnął, że starsi ludzie są głupsi, a do tego, stwierdził, poeci najlepsze wiersze tworzą około dwudziestki.

David Galenson, ekonomista z Uniwersytetu w Chicago, jakoś temu wszystkiemu nie dowierzał i postanowił to policzyć. Zaczął od siedmiu najważniejszych amerykańskich antologii poezji i jedenastu wierszy uważanych za amerykański kanon. Kiedy napisali je autorzy? Gdy mieli: 23, 28, 29, 30, 40, 41, 48, 42 i 59 lat. 40 procent wierszy w antologiach powstało, gdy autorzy byli po pięćdziesiątce.

W Stanach, tak jak wszędzie jest kult młodości i sukcesu. Widać to bardzo wyraźnie w Dolinie Krzemowej, gdzie milionerami zostają nastoletni twórcy jakiejś apki do szukania najlepszej kanapki z majonezem albo umawiania się na odrabianie lekcji z popularną koleżanką z liceum. Ale na szczęście to tylko powierzchowne wrażenie i opowieści uwielbiana przez media. Bo wielu ludzi osiąga sukces znacznie później. I w Stanach jest też kult osób, które dokonały czegoś doniosłego w dojrzałym wieku. Nawet jeśli było to grubo po dwudziestce.

Tu, gdzie mieszkam, spotkałam kilku takich „late bloomerów” i „late bloomerek”

Na przykład świetną prawniczkę, która brała udział w wielu znanych procesach, w tym procesie pokazanym w filmie „Filadelfia” (jeśli nie oglądałaś lub nie pamiętasz: Tom Hanks grał w nim geja chorego na AIDS, wyrzuconego z pracy przez chorobę). „Late bloomerka” do szkoły prawniczej poszła w wieku lat czterdziestu po odchowaniu dzieci, czyli wtedy, gdy inni koledzy po fachu już szykowali się na zbliżającą się emeryturę.

Poznałam też pisarkę i wykładowcę, która prowadziła pierwsze w Stanach zajęcia uniwersyteckie o przywództwie dla kobiet w czasach, kiedy kobieta w rolach przywódczych była ewenementem. A moja znajoma mówiła dziewczynom, żeby przebijały ten szklany sufit (za co od wielu ludzi dostawała po głowie). Dzisiaj ma około dziewięćdziesiątki, bloguje, wydaje książki i ma stałą rubrykę w Huffington Post. Magistra zrobiła w wieku lat czterdziestu kilku. Doktorat, gdy miała pięćdziesiąt. Czyli po doktoracie miała jeszcze 40 lat udanego życia zawodowego i cały czas idzie jej świetnie. Wydała dwadzieścia książek, objechała pół świata, pracowała jako popularny konsultant i rozrywany wykładowca. I to taki, który robi dużo zamieszania, jak wspomnianym wyżej kursem.

Poznałam też guru rowerzystów w Kalifornii Południowej, który walczył o ścieżki rowerowe (jedną nazwano nawet jego nazwiskiem) i wygrywał wszystkie zawodowy seniorów w swojej grupie wiekowej. Na rowerze zaczął jeździć w wieku lat 50. Wcześniej jego weekendowym sportem był tenis, ale kompletnie mu nie szło i na szczęście dostał łokcia tenisisty, więc z musu przesiadł się na dwa kółka.

No i jest jeszcze Barbara Beskind, która pracę w firmie IDEO w Dolinie Krzemowej dostała, gdy stuknęła jej dziewięćdziesiątka. Zawsze chciała być inżynierem, więc gdy usłyszała w telewizji szefa IDEO mówiącego o designie dla starszych ludzi, wysłała mu swoje CV.

Podoba mi się to, że system edukacji w Stanach jest przychylny dla „late bloomerów”. Studia są dwustopniowe. Licencjat/bachelor’s degree dostaje się po czterech latach college’u. Jeśli ktoś chce zrobić magistra, studia MBA, szkołę medyczną, szkołę prawniczą albo zdobyć inne specjalistyczne wykształcenie, może zrobić dodatkowo magistra. Bardzo często ludzie, którzy uczestniczą w tych programach, mają więcej niż dwadzieścia kilka lat. I nie stanowią oczywiście większości, ale jest to zupełnie normalne.

Oczywiście nie zachęcam nikogo, aby czekać do sześćdziesiątki albo dziewięćdziesiątki, aby realizować swoje marzenia

Możemy się nie doczekać. Lepiej zacznij je realizować tu i teraz. I oczywiście nie chodzi mi tutaj tylko o marzenia zawodowe. Może chodzi o naukę szwedzkiego, podróż do Porto albo założenie ogródka warzywnego z ekologiczną rzodkiewką.

A czasem jest też tak, że kwitniemy od początku, niemalże od kołyski wypuszczamy piękne pąki, ale nawet jak wszystko idzie świetnie, coś nam może się odmienić. My się zmieniamy, w życiu dzieją się różne rzeczy, czasem coś nowego nas zainspiruje albo na przykład wylądujemy w innym kraju i musimy sobie poukładać sprawy zawodowe od nowa. Wtedy fajnie mieć taki system wsparcia i edukacji, który nam to umożliwi. I kilka przykładów „late bloomerów”, na których można się wzorować.

Tekst pochodzi z bloga Life Abroad