W ostatnich badaniach opinii publicznej przytłaczająca większość ankietowanych, którzy tydzień temu z trudem powrócili do swoich zajęć, wyraziła opinię że Anglia powinna być pójść śladem Szkocji i ustanowić zeszły wtorek dniem wolnym od pracy.

Dwie sprawy wzbudzają tu moje zdziwienie. Po pierwsze: kto mógł sobie zawracać głowę przeprowadzeniem takiego sondażu? Po drugie: kto przy zdrowych zmysłach może twierdzić, że bożonarodzeniowa przerwa świąteczna była za krótka?

Wziąłem 10 dni wolnego, ale już pierwszego dnia przed 11 przed południem zdążyłem wypić 14 filiżanek kawy (SIC!), przeczytać wszystkie gazety i „The Guardian”, a potem… Właśnie, co potem?

Do obiadu zdążyłem się już tak wynudzić, że postanowiłem powiesić kilka obrazów. Chwyciłem za młotek, a potem przyszedł gość, który zagipsował uszkodzone przeze mnie fragmenty ścian. Następnie chciałem naprawić elektryczną bramę wjazdową, która działa tylko wtedy, gdy w nazwie miesiąca występuje duże „X”.

Uzbrojony w klucz francuski ruszyłem ku bramie, a potem zjawił się kolejny gość, by z powrotem poskładać ją do kupy.

Już zabierałem się za naprawę kuchenki elektrycznej, która- jak to zwykle bywa – wysiadła w Wigilię, gdy moja żona chwyciła mnie za ucho i odciągnęła na bok. Powiedziała, że skoro budowlańcy, ogólnie rzecz biorąc, nie spędzają swojego wolnego czasu na pisaniu, to pisarze nie powinni spędzać urlopu na budowaniu i remontowaniu. „To sporo nas kosztuje i może być niebezpieczne” – dodała.

Ma rację. Mamy w jadalni takie lampki, które na znajdującym się pod nimi stole powinny wyświetlać gwiazdki. Nigdy nie przejmowałem się, że światło żarówki przedostaje się przez boki obudowy i gwiazdek nie widać. Gdy jednak człowiek się nudzi, takie właśnie rzeczy najbardziej działają mu na nerwy.

Kupiłem więc nieprzezroczystą, uniwersalną taśmę samoprzylepną i nagle moje życie odzyskało sens. Miałem co robićc

Całe szczęście, Boże Narodzenie nadeszło, zanim zdążyłem doprowadzić do jeszcze większego spustoszenia. Święta jednak minęły i znów dni wlokły się tak, jakbym oglądał je przez trzymaną na odwrót lornetkę. Tak odległy wydawał mi się każdego poranka sen i związana z nim ulga- błogosławiona utrata świadomości.

W kuchennej podłodze wydeptałem ścieżkę do lodówki. Za każdym razem miałem nadzieję, że podczas jednej z poprzednich 4000 wypraw w jakiś przedziwny sposób przeoczyłem półmisek pełen zimnych kiełbasek. Potem, bez wyraźnej przyczyny, postanowiłem kupić sobie stołek.

Wybrałem się więc z całą rodziną do jednego z tych sklepów z prezentami- duperelami, gdzie zapach różnych suszonych pachnidełek jest tak intensywny, że można dostać zeza. Nie bacząc na to, że dzieci leżały na podłodze dusząc się, spędzałem w sklepie kolejne godziny wybierając stołek za mały lub w złym kolorze, tak, żebym mógł stracić jeszcze trochę czasu an jego zwrot do sklepu.

Następnego dnia, wciąż jeszcze pachnąc jak bielizna Delii Smith, postanowiłem kupić nie odpowiadający mi stylizowany regał na książki. Ale po porażce ze stołkiem, moja żona powiedziała: NIE! Wyglądało więc na to, że najlepiej zrobię, gdy na coś zachoruję. To wspaniały pomysł, gdy już naprawdę nie masz co z sobą zrobić, bo wszystko, łącznie z opryszczką narządów płciowych, jest lepsze niż zanudzić się na śmierć.

Nie jest łatwo, wiem, wywołać siłą woli pryszcze na genitaliach, ale przy niewielkim wysiłku można złapać przeziębienie, które- jeśli się jeszcze trochę bardziej postarać – przejdzie w grypę. Właśnie. Nawet leżenie w łóżku i oglądanie Judy Finnegan przebranej za Świętego Mikołaja wygrywa z nieuleczalnym nowotworem- nudą.

To nuda sprawia, że dzwonisz do ludzi, z którymi nie rozmawiałeś od osiemnastu lat, aby w połowie rozmowy przypomnieć sobie, dlaczego. Nuda to stan, w którym zaczynasz czytać nie tylko katalogi firm wysyłkowych, ale również wypadające z nich ulotki. Nuda powoduje, że zastanawiasz się, czy nie wziąć broni i nie urządzić jatki w najbliższym centrum handlowym, mimo, że dobre wiesz, do czego to prowadzi. Wreszcie, nuda oznacza, że zaczynasz uprawiać golf.

Dzień przed Wigilią siedziałem w pociągu obok gościa, który, jak tylko minęliśmy Paddington, zadzwonił do swojej żony i powiedział, że właśnie skończył, że przeszedł na emeryturę, że teraz jego życie rzeczywiście będzie należało do niego. Usiłował przy tym wyglądać na zadowolonego, ale w jego oczach spostrzegłem to mętne, pełne przerażenia spojrzenie, które powiedziało mi wszystko.

Spędzi w domu jeden, góra dwa miesiące, dewastując mieszkanie i obracając ogrów w cmentarzysko roślin, a potem przyjmie zaproszenie na golfa i wtedy będzie już naprawdę po nim. Jego życie skończy się dużo wcześniej, niż wyda z siebie ostatnie tchnienie. Szkoda go. Wyglądał na bardzo sympatycznego.

A może wędkarstwo? Patrzysz na tych ludzi, którzy pomimo mżawki tkwią przy brzegu kanału i zastanawiasz się tylko: „Jak bardzo musieli być znudzeni w domu, że znaleźli się tutaj?”.

Odpowiedź brzmi: podejrzewam, że nie aż tak bardzo, jak można przypuszczać. Już po tygodniu urlopu byłem u kresu wytrzymałości. Nie mogłem przyrządzić sobie nawet kiełbasek, by potem włożyć je do lodówki, bo pewnego popołudnia – wykorzystując chwilę nieuwagi żony – znów próbowałem naprawić kuchenkę elektryczną. Wtedy, niestety, coś od niej odpadło.

Mogłem oczywiście założyć to z powrotem, ale, co najdziwniejsze, kiedy nie jest się naprawdę zajętym, nigdy na nic nie starcza czasu. Napisałem list, ale w ciągu całego dnia nie znalazłem ani chwili, by włożyć go do koperty. Pewnie miało to coś wspólnego z moim ośmiogodzinnym pobytem w ubikacji w zeszły wtorek. Cóż, hobby dobre jak każde inne.

Brytyjczycy pracują najdłużej ze wszystkich Europejczyków. Poważni lekarze wmawiają nam, że powoduje to stres i choroby układu krążenia. Zgadzam się. Ale brak zajęcia, zapewniam, grozi nam wszystkim hemoroidami.

 

Świat, wg. Clarksona, Niedziela, 7 stycznia 2001r.