Coraz chłodniej i ciemniej, deszcz padał cały, dzień więc i drogi rozmiękły, wreszcie słońce zaszło i noc nastała, żadnym nie rozjaśniona światłem. Do ubogiej chaty, w końcu, wioski ktoś zapukał. Gospodarz drzwi otworzył, a do izby wszedł żebrak z kijem w ręku i workiem płóciennym na plecach, mokry i zabłocony.

-Niech będzie pochwalony!

– Na wieki wieków.

– Przenocujcie mnie gospodarzu, strudzony jestem bardzo, z drogi idę.

 

Kmieć pokiwał głową i westchnął.

– Juści ostańcie, kiedy nie macie schronienia. Na dworze ciemno i mokro; wygodnie wam tutaj nie będzie, bo chata mała, dzieci siedmioro, a obok w drugiej izbie chora żona. Ale z serca was proszę: czym chata bogata. Podróżny musiał być bardzo zmęczony, bo zaraz usiadł i patrzył dookoła bo ubogiej izbie. Wieśniak przyniósł mu chleba, miodu, mleka trochę, posłał świeżego siana i znów po coś wyszedł, ale za chwilę wrócił niosąc małe dziecko na ręku.
– Bóg mi dał ósme -rzekł pokazując je ubogiemu.

Dziad popatrzył na dziecko i rzekł do wieśniaka:

– Ono wam przyniesie szczęście, zobaczycie. Zatrzymajcie się ze chrztem jutro do południa, a przyślę wam chrzestnego ojca, bardzo dobrego człowieka.

Kmieć zgodził się zaczekać. Zasiedli za stołem, obcy rozpytywał ciekawie o wszystko, co słychać we wsi, co ludziom dokucza, czego im brak najbardziej, jak można by zaradzić złemu. Wreszcie spać się po kładli. Nazajutrz ubogi wcześnie zniknął z chaty, ale kmieć do południa czekał na ojca chrzestnego. Aż tutaj od Krakowa, jadą piękne kolasy i dworzanie na koniach, a wszyscy zatrzymują się przed biedną chatą. Wieśniak oczom nie wierzy: wtem z pierwszej karocy wysiada pan wspaniały, bogato ubrany, a zupełnie podobny do biedaka, którego wczoraj przyjął tak gościnnie. Był to sam Król Kazimierz, zwany Królem Chłopów.

Podzieliłeś się wczoraj ze mną chlebem i chatą, ja ci dziś do chrztu syna trzymać będę; siadaj z dzieckiem do pojazdu.

Chłop nie wiedział co z sobą robić i nie śmiał, i szczęśliwy był okrutnie, i nie umiał dziękować tak dobremu panu.

Król posadził go obok siebie i pojechali do kościoła. Ale nie na tym koniec. Poznawszy potrzeby ludu,  Kazimierz starał się im zaradzić, pomóc, osłonić przed uciskiem, wymierzyć sprawiedliwość, dać ulgę w pracy a możność zarobku.

Bo rozumiał doskonale ten król chłopów, że kraj dopiero wtedy będzie bogaty, potężny, kiedy lód w nim będzie zamożny i szczęśliwy. Dlatego zwiedzał chaty w ubogim przebraniu; chciał własnymi oczami wiedzieć dolę wieśniaka, poznać prawdę, aby wiedział co robić.

Naturalnie że nie zapomniał o gościnnym kumie; chrzestnego syna wychował na księdza. Był to mąż bardzo uczony, nazywał się Kazimierz Trzaska.

 

 

Zielona Sowa, Legendy Polskie