Dom. Home. Niewiele jest słów o tak wielkim – i tak pozytywnym – ładunku emocjonalnym. W języku angielskim – a pewnie i w innych – istnieje rozróżnienie na house – budynek, strukturę i home – w sensie „rodzinny dom”, „tam, gdzie mieszkam”.

 

Dlaczego dla człowieka dom jest taki ważny? To chyba pierwotne odczucie. Kiedyś, gdy polował na mamuty i zbierał jagódki, jakiś prymitywny szałas lub jaskinia chroniły go przed deszczem i skwarem oraz – do pewnego stopnia – dawały ochronę przed zwierzętami czy innymi, wrogimi mu, ludźmi. Nic dziwnego, że nieodłączną częścią wojen i podbojów było palenie domostw, wykorzenianie ludzi.

Zwierzęta też potrzebują domu. Ptaki moszczą sobie gniazdo, bobry budują skomplikowane szałasy z patyczków, skorupiaki szykują sobie kryjówki z piasku na dnie morza. Krety chowają się w ziemi, mrówki budują wielkie skomplikowane domostwa – mrowiska.

W wypadku zwierząt można to uznać za atawistyczny instynkt samoobrony, przetrwania. Ale i te najbardziej udomowione – koty i psy – są domatorami. Kot musi mieć swój dom, a w nim ulubioną półkę nad piecem albo poduszkę na kanapie. Psy, w potocznej opinii, bardziej przywiązują się do ludzi niż miejsc, ale do swojego domu też się przyzwyczajają. Mają przecież swoje codzienne trasy spacerów, potem z radością rozpoznają po zapachu drzwi mieszkanie swojego pana. W środku, pies czuje się bezpiecznie, u siebie. W domu.

Wróćmy do ludzi. W Polsce rzadko zaznaliśmy prawdziwej bezdomności. Częściej, z braku szans na własne mieszkanie, musieliśmy tłoczyć się z rodzicami i teściami. Jednak i ta dolegliwość była powodem emigracji bardzo wielu Polaków. Wyjechali za granicę, bo w kraju nie mieli szans na własne mieszkanie – tak często wprost mówili.

Imigrant w Ameryce przez pierwsze miesiące, nawet lata, pobytu, cierpiał nie tylko na brak pieniędzy, pracy, tęsknotę do kraju i rodziny. Czuł się też bezdomny. Bo to pierwsze lokum imigranta nie przypominało nigdy prawdziwego domu. Brudne mieszkania dzielone z obcymi ludźmi, przypadkowe meble i sprzęty. Czasem imigrant (a zwłaszcza – imigrantka) próbował z tego tymczasowego miejsca uczynić dom. Bywały więc te wynajmowane kwatery schludne, przyozdobione w tani, ale estetyczny sposób.

Skąd taka potrzeba dekorowania chwilowego miejsca pobytu? Po to, żeby czuć, że ma się dom, że ma się gdzie wracać. Po stresie dnia, ciężkiej, nieprzyjemnej lub niebezpiecznej pracy, człowiek chce wrócić „do siebie”. Nawet te tymczasowe kwatery dawały mu namiastkę tego poczucia. Bo przecież miał tam łóżko, pościel, ogrzewanie, jakąś rozrywkę w postaci telewizora, radia czy komputera, a nawet w najskromniejszej kuchni znajdzie się słoik kawy i puszkę zupy. To już wystarcza, aby – zwłaszcza w brzydkie, słotne dni – poczuć się w domu.

W serialach kryminalnych osoby zatrzymane, przesłuchiwane, bojące się o swoją wolność proszą śledczych, bo pozwolili im wrócić do domu. Jest jaki jest ten dom – rzadko jest domem, częściej mieszkaniem i na ogół wynajmowanym, a nie posiadanym – ale zawsze to schronienie. To nasza jaskinia, gdzie możemy schować się przed złem tego świata, zrobić sobie herbatę, owinąć się kołdrą, zrobić sobie gorącą kąpiel. Dom nas ochroni przed złem świata. Do domu – w sensie swojej kosmicznej ojczyzny – tęsknił nawet „ET” ze sławetnego filmu Spielberga.

Dom nie jest jedynie schronieniem, któremu przydajemy emocjonalne znaczenie. Setki milionów, może miliardy ludzi na świecie nie mają żadnego domu. Na ziemi ,tak dosłownie, śpi tylko część z nich. Reszta domy ma. Ale jakie to są domy! Slumsy z blachy falistej, jakichś desek, strzęp materiału służący jako drzwi.

Ludzie nie żyją w takich domach samotnie – mieszkanie w pojedynkę jest luksusem (i aberracją) bogatych krajów Zachodu. Hindusi, Filipińczycy, Nigeryjczycy żyją „na kupie”, pokotem w jednej izbie; dziadkowie rodzice, dzieci; czasem zaplącze się przysłowiowa koza.

Czy można taki szałas nazwać domem? Prawnicy amerykańscy by zaprotestowali. Lokatorzy nie mają przecież prawa własności albo dzierżawy ziemi, dokumentów o nabyciu domu, otrzymaniu pożyczki, zameldowaniu. Ich domostwo nie ma pocztowego adresu (listonosz, jeśli kiedykolwiek tam zabłądzi, po prostu będzie się pytał ludzi, gdzie mieszka dana rodzina), a ulica nie ma ponumerowanych domów i sama też nie ma nazwy. Do domu tego nikt nie ma prawa własności, nikt go nie dziedziczy w formalny sposób – po prostu będą tam się pojawiały kolejne pokolenia tej samej rodziny.

Ktoś by pomyślał, że takiej lepianki nie można uważać za dom. Niemniej, ludzie tam mieszkający nie znają niczego lepszego, może tylko z zagranicznych filmów. To więc jest ich dom. W tym bezładzie i brudzie wieszają na ścianie jakieś zdjęcie wycięte z kolorowego magazynu, ozdobę znalezioną na ulicy. Nie jest tam pięknie, ale jest swojsko – jak to w domu.

Aż przyjedzie spychacz i – mimo protestów tych dzikich mieszkańców – wyburzy ich całe miasto szykując teren pod nowe osiedle. Prawdziwych domów, takich z klimatyzacją i zamkami w drzwiach. Wypędzeni szybko jednak zbudują sobie nowe szałasy i znowu będą mogli powiedzieć: „Idę do domu”.

www.deon.pl