Scena pierwsza.

Grupa białych turystów przyjeżdża do małej afrykańskiej wioski na południu Etiopii, która jest domem dla mieszkających tu ludzi z plemienia Ari. Dookoła zielono, rosną banany, drzewa mango uginają się od dojrzałych owoców. Miejscowi ludzie uśmiechają się pozdrawiają a dzieciaki dokazują, jak to dzieci. Zgrzebne domki pokryte strzechą takie jakie znamy z filmów o cudownej, pięknej i tajemniczej Afryce. Pomiędzy zadbanymi obejściami ludzie wykonują swoje tradycyjne, codzienne zajęcia. Starsza pani lepi garnki nucąc sobie jakąś tajemniczą pieśń, kawałek dalej młoda dziewczyna wielkim kijem w miejscowym moździerzu zamienia ziarna kukurydzy na mąkę z której później wypiecze tutejszy chleb dla swojej rodziny. Z pobliskiej chaty ulatują kłęby dymu a to znak, że kukurydza również służy do destylacji alkoholu. Po lewej stronie budują nowy dom. Jest sielsko – anielsko.

Młoda matka z zapałem siekierkom rąbie drewno na ognisko. Zapewne za chwilę będzie gotowała nad ogniskiem obiad dla swojej rodziny. Przygląda jej się mały może dwu, trzy letni chłopczyk. Pewnie synek, bo trzyma się blisko mamy jednocześnie nieco się krzywiąc i zbierając do płaczu gdy turyści podchodzą bliżej. Wreszcie jego nerwy nie wytrzymują i z płaczem ucieka  chowając się za maminą spódnicą. Kobieta przerwa swoją pracę bierze synka na ręce, uspakaja a turystom posyła przyjazny uśmiech. Turyści się śmieją, bo to takie swojskie, znane im przecież z własnego kraju. Nieco z tylu za kobietą pod typową glinianą, zadbaną chatką na jakimś kolorowym i brudnym posłaniu siedzi mała dziewczynka. Jeszcze chyba nawet nie umie chodzić. Siedzi i patrzy przed siebie, pewnie obserwując mamę, czy przypadkiem nie zostawi jej samej. Turyści podchodzą bliżej.

Mała dziewczynka, choć w brudnym ubranku, zresztą jak wszystkie dzieci w Afryce, wygląda zjawiskowo siedząc sobie grzecznie pod domkiem. Typowo afrykańska chata, mała dziewczynka przystrojona koralikami – tego turyści potrzebowali najbardziej. Piękne zdjęcia zrobią na pamiątkę. Czegoż chcieć więcej, każdy wyciąga aparat i kilka obiektywów wycelowanych w małą, śliczną dziewczynkę siedzącą pod chatką strzela niczym karabiny maszynowe. Turyści są wniebowzięci taki piękny obrazek! Taka pamiątka! Tak tutaj ładnie, przyjemnie i co najważniejsze afrykańsko, prawdziwie. Nie jakaś tam wioska masajska, która tylko udaje prawdziwą. Tutaj wszystko jest takie naturalne, żywe i fascynujące. Prawdziwe życie afrykańskiej wioski.

Mała dziewczynka siedząca pod chatką jest już na tyle duża, ze zauważa całe to zamieszanie i zaczyna się zbierać do płaczu. Jednak mama bacznie czuwa i idzie w jej stronę. Za nią, nieporadnie drepce brat małej dziewczynki siedzącej pod chatką. Mama uśmiecha się do białych turystów i uspakaja nieco wystraszone tym zamieszaniem dzieciaczki. Patrzy na białych turystów a jej spojrzenie jakby mówi „ach głupiutkie, te moje maluszki – płaczą na widok białych turystów”.

Scena druga.

Grupa białych turystów przyjeżdża do małej afrykańskiej wioski na południu Etiopii, która jest domem dla mieszkających tu ludzi z plemienia Ari. Dookoła zielono, rosną banany, drzewa mango uginają się od dojrzałych owoców. Miejscowi ludzie uśmiechają, się pozdrawiają a dzieciaki dokazują, jak to dzieci. Zgrzebne domki pokryte strzechą takie jakie znamy z filmów o cudownej, pięknej i tajemniczej Afryce. Pomiędzy zadbanymi obejściami ludzie wykonują swoje tradycyjne, codzienne zajęcia. Starsza pani lepi garnki nucąc sobie jakąś tajemniczą pieśń, kawałek dalej młoda dziewczyna wielkim kijem w miejscowym moździerzu zamienia ziarna kukurydzy na mąkę, z której później wypiecze tutejszy chleb dla swojej rodziny. Z pobliskiej chaty ulatują kłęby dymu a to znak, że kukurydza również służy do destylacji alkoholu. Po lewej stronie budują nowy dom. Jest sielsko – anielsko.

Pod jedną z chatek turyści widzą mała dziewczynkę, która siedząc na brudnym posłaniu przygląda się otoczeniu. Turyści jak to turyści, takiej sceny nie mogą pominąć i fotografują jak szaleni. Podchodzą bliżej. Mała dziewczynka przestraszona zamieszaniem zaczyna lekko płakać. Przychodzi jednak mama i mała dziewczynka się uspakaja. Każdy turysta chce mieć zdjęcie z taką piękną, małą dziewczynką. Podchodzą bliziutko, kucają, uśmiechają się i pozują do zdjęć. Jednak to co z daleka było marzeniem każdego turysty – piękne zdjęcie, z bliska okazało się tragedią.  Turyści zorientowali się, że coś jest nie tak z małą dziewczynką siedzącą pod chatką. Do much i brudnych ubranek turyści się już zdążyli przyzwyczaić, ale mała dziewczynka siedząca pod chatką, jej mała buzia była wręcz oblepiona muchami. Muchy wchodziły jej do oczu, noska, ust – wszędzie. Mała dziewczynka siedząca pod chatką nawet się nie odganiała. Mama zresztą też nie próbowała odgonić tych paskudnych stworzeń. Wzrok małej dziewczynki siedzącej pod chatką był jakiś taki nieobecny a jej małym ciałkiem co chwilę trzęsły drgawki. Biali turyści schowali aparaty i nie wiedzieli co się dzieje.

Młodszy braciszek podszedł bliżej i turyści również zauważyli, że i on ma na buzi pełno much i choć początkowo mówili między sobą, że to taki ładniutki grubasek to teraz okazało się, że to raczej opuchlizna a nie oznaka dobrego wyżywienia. Chłopczyk kurczowo trzymał mamę za rękę i trząsł się jakby nagle zrobiło się zimno. Przecież to Afryka i jest gorąco a dzieci jakby trzęsły się z zimna. Turyści zorientowali się, że ta Afryka której właśnie doświadczają nie jest już taka sielska – anielska. To właśnie tutaj po raz pierwszy w życiu turyści zobaczyli chorych na malarię. Na dodatek chyba w najgorszym wydaniu – chore malusieńkie dzieci! Turystów obleciał strach, wstyd, zażenowanie. Piękny kadr, małej dziewczynki, przystrojonej koralikami, siedzącej pod chatką okazał się okrucieństwem. Okazał się czymś czego nigdy nie spodziewali się ujrzeć. Okazał się czymś o czym wiedzieli, że istnieje, z czego zdawali sobie sprawę ale nigdy nie doświadczyli, nigdy nie widzieli tak blisko. Popłynęły łzy….

Rozmowa.

T – turysta, P – lokalny przewodnik,

T – czy ona jest chora?

P – tak

T – to jest malaria?

P – tak

T – dlaczego mama nie zabierze jej do szpitala. Przecież najbliższy jest tylko 8 kilometrów stąd?!

P – jest za biedna. Nie stać jej na opłacenie leczenia

T – czy ta dziewczynka umrze?!

P – prawdopodobnie tak

Malaria jest obecnie jedną z trzech najważniejszych, oprócz AIDS i gruźlicy, chorób zakaźnych w świecie. Ocenia się, iż aktualnie 40-45% ludności kuli ziemskiej żyje na terenach zagrożonych malarią w ponad 100 krajach świata. Większość przypadków malarii (ponad 85%) przypada na rejony Afryki na południe od Sahary. Liczbę nowych zachorowań na zimnicę szacuje się na 300-500 milionów rocznie, a liczbę zgonów na 1,5-2,7 milionów każdego roku. Na zachorowanie najbardziej narażone są dzieci do 5 roku życia i kobiety ciężarne mieszkające na terenach endemicznych dla malarii oraz osoby nieodporne (nieposiadające swoistych przeciwciał), podróżujące m.in. z Europy do krajów endemicznego lub epidemicznego występowania malarii. W Polsce rejestruje się rocznie do 50 przypadków malarii importowanej, w tym nierzadko ciężkie postacie kliniczne. Wysoce niepokojąca w Polsce jest wysoka śmiertelność z powodu ciężkiej lub nierozpoznanej malarii. Wynosi ona wprawdzie nie więcej niż 3 przypadki rocznie, ale w porównaniu do liczby zachorowań, jest ona 16-krotnie większa niż w pozostałych krajach europejskich. Powyższe informacje pochodzą ze strony www. malaria.com – polecam zajrzeć wszystkim tym, którzy zastanawiają się czy warto zadbać o profilaktykę antymalaryczną w przypadku wyjazdów do Afryki i nie tylko.

Epilog.

Mała dziewczynka siedząca pod chatką w wiosce Ari, oddalonej od Dżinki o 8 kilometrów ma na imię Kidżi. Mam nadzieję, że dzisiaj też siedzi pod tą chatką i ma już siłę odganiać przeszkadzające jej muchy. Ma siłę bawić się z bratem, uśmiechać się i kiedyś wyrośnie na piękną kobietę, która nadal nosi białe korale.

Gdybyście kiedyś byli w tamtych stronach zapytajcie o Kidżi, małą dziewczynkę siedzącą pod chatką.