O dobrej i złej samotności, o miłości, która czasem przez nią choruje, o Bogu, który cierpi i diable, który wcale nie jest towarzyski.

  
Magdalena Guziak-Nowak: Czy Pan Bóg jest czasem samotny?
Ks. dr Piotr Gąsior: Zasadniczo nigdy. Ze swojej natury – tak wierzymy w oparciu o objawienie – Bóg jest jeden ale w trzech Osobach Bożych: Ojcu, Synu i Duchu Świętym. A zatem mówienie o samotności Boga jest… herezją. Żeby to głębiej uzasadnić – Bóg jest miłością a miłość jest zawsze miłością kogoś. Owszem, w odniesieniu do człowieka Jezus Chrystus, który zostaje niejednokrotnie przez ludzi odrzucany może czuć się „osamotniony”, ale i tak w Jego postawie nigdy nie ma jakiegoś obrażania się na grzeszników. Przypomnijmy sobie np. jak wyglądała opisana w Ewangelii samotność ojca, który został porzucony przez syna marnotrawnego. Czyż nie była ona ciągłym, aktywnym, czyli pełnym nadziei oczekiwaniem.
 
Pan Bóg stworzył człowieka na swój obraz, by uczynić go podobnym sobie. To czy Bóg, gdy człowiek Go odrzuca, nie czuje się odtrącony?
Myślę, że jak najbardziej uzasadnione jest mówienie o Bogu, który cierpi, bo każda odtrącona miłość przeżywa to jako ból. Ponadto Bóg się o człowieka martwi: co z tobą będzie, gdzie ty zabrniesz, jeśli odwracasz się ode mnie, który cię kocham w całkowitej wolności? Skoro człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga to został w nim zapisany kod miłości wyrażający się we wzajemnym obdarowywaniu się, jakie jest pomiędzy osobami Trójcy Przenajświętszej. Od człowieka zależy, jak postąpi: jeśli odejdzie, zatraci się. Spełni się tylko wtedy, gdy zacznie realizować swoje życie na wzór Boga, wejdzie z relacji z Nim i ludźmi. Decyzja: chcę być sam – jest niejako samobójstwem i na pewno błędem antropologicznym.
 
A co z powołaniem do samotności, o którym się mówi w Kościele?
Ważne jest to jak się tę samotność rozumie. Bo nie jest to powołanie do bycia samotnym, ale powołanie do życia w samotności, czyli bez drugiej osoby jako współmałżonka. Osoby, które się na samotność decydują nie wybierają tej drogi po to, by się izolować od ludzi. Ich serca są najczęściej pełne Boga i spraw ludzkich. Siostra zakonna, zakonnik, pustelnik czy świecki, jeśli nie odkrywa tego powołania ze względu na służbę Bogu i ludziom, to może się stać  egoistycznym singlem.
 
Powiedział ksiądz, że prawdziwa miłość nie jest samotna. A co wtedy, gdy pojawia się w związku jako wierzchołek góry lodowej nierozwiązanych problemów i konfliktów?
To jest sytuacja kryzysowa. Zapala się ostrzegawcze światło sygnalizujące, że zaraz coś się stanie. Braknie paliwa – paliwa miłości. Dzieje się tak na przykład, gdy nie kończy się dnia według bardzo mądrej zasady, rady św. Pawła: niech słońce nie zachodzi nad waszym gniewem.
Założenie, że sprawy rozwiążą się same jest naiwne. Może po niektórych coś spływa jak po kaczce, ale jest jeszcze współmałżonek, który może być osobą o wiele bardziej wrażliwą, noszącą wszystkie takie przeżycia w sercu. Powstaje stos spraw, który w pewnym momencie pęka jak ropiejący wrzód i ludzie się od siebie oddalają.
 
Osamotnienie jest wtedy bardzo wyniszczające. Ale jest też samotność dobrze rozumiana.
Tak. Nawet będąc w związku ludzie przeżywają swoją odrębność. Człowiek jest osobą, a więc kimś osobnym i nawet zjednoczenie małżeńskie nie wyklucza, że jedno dla drugiego pozostaje tajemnicą. Do swojej najgłębszej „warstwy” człowiek wpuszcza tylko Boga i ma prawo być z Nim sam na sam. Rozmawia z Bogiem w swym sumienie, które jest jak sanktuarium, do którego nie wolno wpychać się na siłę.
Czy można oczekiwać od współmałżonka, że będzie mi się ze wszystkiego „spowiadał” po to, żeby nigdy nie było między nami żadnych nieporozumień?
Może to być wręcz niebezpieczne. Np. jeśli tym wszystkim miałyby być nawet grzechy to czy nie prowadzi to do ciągłego triumfowania diabła? Grzech z przeszłości – jeśli został przebaczony – dla świata powinien być zapomniany a otoczony jedynie miłosierną pamięcią Boga. I tyle. W przeciwnym razie grzech jak kamień, który wpadł w ocean Bożego miłosierdzia jest na nowo wyciągany i podawany do oglądania innym. Po co? Widzę w takim postępowaniu poważną nieroztropność.
Są sprawy, o których powinno się powiedzieć i miłość podpowie, do jakich granic należy się otworzyć, ale w jej imię nie musimy się wzajemnie obciążać złem.
Czy może ksiądz podać konkretny przykład przeżywania samotności w małżeństwie?
Każdy z małżonków powinien sobie znaleźć azyl codziennej samotności w modlitwie indywidualnej. Poza zachęcaniem małżonków do modlitwy wspólnej, nie powinni oni rezygnować z czasu na własną adorację czy własną lekturę duchową. Gdyż oni działają jak naczynia połączone – jeśli mąż idzie na spotkanie z Bogiem, Bóg wlewa w niego łaski, których on nie zatrzymuje tylko dla siebie, tylko dzieli się nimi z żoną.
Chociaż osobiście bardzo popieram rekolekcje małżeńskie, nie byłbym przeciwny, gdyby raz na jakiś czas któryś z małżonków poprosił o wyjazd na indywidualny dzień skupienia. To im nie zaszkodzi.
Poza tym w zależności od predyspozycji i możliwości czasowych całej rodziny trzeba pozwolić drugiej połowie na rozwijanie swoich zainteresowań.
W katolickim małżeństwie żona powinna być dla męża druga po Bogu i odwrotnie. Bywa jednak, że żonę czy męża częściej można spotkać w kościele niż w domu. Czy to normalne?
To raczej sytuacja chorej pobożności, niewłaściwej dewocji. Niech każdy realizuje swoją pobożność zgodnie ze swoim powołaniem i stanem życia. Nie możemy być zadowoleni, gdy zakonnicy częściej przebywają na giełdzie niż przed tabernakulum albo gdy żona lub mąż siedzą godzinami przed świętym obrazem zamiast zajmować się domem i wychowaniem dzieci. Jest okej wtedy, gdy są pobożni, ale jednocześnie wzorowo realizując swoje powołanie małżeńskie i rodzicielskie.
Trzeba pamiętać, że w takich sytuacjach wina nie zawsze leży w całości po stronie nazbyt pobożnego współmałżonka. Jeśli np. mąż w ogóle nie towarzyszył swojej żonie w życiu duchowym, nie modlił się z nią, nie chodził do kościoła, to teraz sam jest temu winny. Ona zaczęła uciekać do kościoła, bo to w nim a nie w domu znajdowała azyl i ukojenie. Jeśli po latach trwania takiej sytuacji mąż wypomni żonie, że non stop przesiaduje w kościelnej ławce, na pewno skończy się to zgrzytem.
 
Czy ludzie młodzi mogą być samotni?
Przywykliśmy myśleć, że osamotnieni są jedynie pozamykani w swoich domach staruszkowie. Owszem. Tym niemniej największą samotnością nie jest fakt bycia chorym, zniedołężniałym, starym, ale – jak mówiła Matka Teresa – czucie się niepotrzebnym. Popatrzmy w tym kontekście na ludzi młodych – oni również mogą się czuć niepotrzebni, bo są niekochani. Stąd ich wrzeszcząca samotność: zajmijcie się mną, bo jestem zraniony. Stąd ich chęć zwrócenia na siebie uwagi.
Ponadto młodym często doskwiera „samotność religijna”. Rozstali się z Bogiem, najczęściej w okresie przechodzenia z dzieciństwa do młodości, i teraz są sami jak palec. Czasem, jeśli zostały w nich resztki wiary, mają świadomość, że wokół nich krąży diabeł. Na marginesie dodajmy, iż piekło często jest przedstawiane jako wspólnota złych, potępionych. Nieprawda – piekło jest miejscem ludzi najbardziej osamotnionych. Diabeł jest samotnikiem i do tej piekielnej samotności, która jest zaprzeczeniem komunii Trójcy Świętej i wspólnoty radości, do której my jesteśmy zaproszeni przez Jezusa, chce skusić i wprowadzić innych.
Jak pomóc ludziom samotnym?
Przyznaję, że to jest niebywale trudne, bo samotność często jest maskowana. O tym, że ktoś zaczyna być samotny wie najczęściej tylko on sam. Taka osoba źle się czuje sama ze sobą, niejednokrotnie nie akceptuje swojego ciała, potrzebuje na siłę towarzystwa, nie wyobraża sobie, żeby samotnie spędzić wieczór.
Na starość wielu ludzi staje się swoistymi pustelnikami. Umiera współmałżonek, dzieci odchodzą, a zostaje… cisza. Szczęście, kiedy człowiek umie to zrozumieć i rozwija swój kontakt z Bogiem, wierzy w świętych obcowanie, modli się za zmarłych. Ale kiedy nie akceptuje swojego stanu duszy i ciała, pojawia się szatańska propozycja – eutanazja.
Ludzie pracujący w hospicjum mówią, że z powodu choroby nikt nie poprosiłby o śmierć. Cierpiący cierpią o wiele mocniej gdyż są pozostawieni sami sobie i tak bardzo doskwiera im samotność, że nie potrafią z nią żyć. Czują się wobec bezdusznego środowiska, które ich otacza jakby niepotrzebnymi. Dla przykładu kilka lat temu w czasie wielkiej suszy szczycąca się osiągnięciami wyjątkowej kultury Francja pokazała, ile dla niej znaczy ludzkie życie. W domach masowo umierali starsi ludzie. Umierali z pragnienia, bo nie miał im kto podać szklanki wody. Potem wielu zmarłych trzeba było pochować na koszt państwa, bo nikt z rodziny nie zgłosił się po ciało.
A zatem jak pomóc samotnym? Dać im choć kilka ziarenek z klepsydry własnego czasu. Obudzić na pewno ciągle tlącą się jeszcze wiarę w realną obecność Pana Jezusa. Chronić przed iluzjami. Wzbudzać nadzieję. Pomóc – jeśli zachodzi taka potrzeba – pojednać się z Bogiem, bliźnimi i samym sobą.
Autor: Magdalena Guziak-Nowak / „Przewodnik Katolicki”