Każdy ma taką osobę w swoim otoczeniu: może nieskazitelną mamę, może bezbłędnego ojca, wzorowego męża, perfekcyjną przyjaciółkę: ludzi, którzy nigdy nie popełniają błędów. Ludzi nienagannych, bez winy, zawsze mających rację.

Ludzie bezbłędni i nieskazitelni
Te osoby nie są zazdrośnikami – to po prostu partner daje zbyt dużo powodów do zazdrości.
Te osoby nie mają obsesji porządku – one po prostu lubią czystość i ubolewają nad tym, że muszą żyć wśród bałaganiarzy.
Te osoby nie są egocentrykami – po prostu jest im przykro, że poświęca się im tak mało czasu uwagi i tak rzadko się do nich telefonuje, nie mówiąc już o odwiedzaniu.
Te osoby nie są nerwowe, po prostu bliscy: rodzina i współpracownicy doprowadzają je do szewskiej pasji!!!!
Te osoby nie mają lęku przez obcymi, po prostu ludziom nie można ufać, nie raz już się na nich zawiedli.
Te osoby nie mają „trudnych charakterów” – lecz trudne dzieci i małżonka!
Te osoby nie są zawistne, je po prostu drażni, że niektórzy ludzie są szczęśliwi i osiągnęli sukces – na pewno nieuczciwymi metodami.

Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale myślę, że już doskonale rozumiecie, jaki typ człowieka mam na myśli. Jeżeli odnajdujecie tu samych siebie: gratuluję: znaczy, że jesteście w stanie spojrzeć na siebie samokrytycznie. Ja, uczciwie przyznaję, mam czasem skłonność podczas konfliktów z bliskimi obarczać ich całą winą i nie dostrzegać swoich błędów lub braku racji. Jednak po jakimś czasie przychodzi refleksja i potrafię podejść do drugiej strony i powiedzieć:

– Miałeś rację, popełniłam błąd.
– Przyznaję, to moja wina.

Nauczyłam się tego i choć nie jest proste, to bardzo cenna umiejętność. Polecam. 🙂

Przejdę teraz do innego wątku, na pozór niezwiązanego z powyższym fragmentem.

Mam w domu świetną książkę, którą kiedyś pożyczyłam od przyjaciółki, książkę, która pozwala zrozumieć wiele zachowań. To wydana ze 20 lat temu „Żyć w rodzinie i przetrwać” – napisana w formie rozmowy psychiatry Robina Skynnera z Johnym Cleesem (tak, tak, tego z cyrku Monthy Pytona). Ale uprzedzam: to nie jest książka, którą połyka się w kilka wieczorów, nie każdemu przypadnie do gustu. Jest pełna ciekawych treści, ale podana w specyficzny, nieco chaotyczny sposób.

Niemowlę: bezbłędny pan i władca świata
To właśnie z niej dowiedziałam się, że niemowlęta mają poczucie omnipotencji i wszechwładzy nad światem i że warto w nich to poczucie utrzymywać, żeby wykształcić w nich przekonanie (które przyda im się w przyszłości), że mają wpływ na otaczający świat. Dzięki temu jako dorośli będą mieli poczucie własnej wartości i autonomii oraz wiarę we własne siły.

Dziś chciałam Wam opowiedzieć o innym – jak dla mnie bardzo ciekawym wątku, na który natrafiłam w tej książce. I nie zrażajcie się widząc zaraz słowo niemowlę, bo ten temat dotyczy również człowieka w Twoim wieku. Tak, tak, do Ciebie mówię: w Twoim wieku! 😉

Skoro niemowlę ma poczucie omnipotencji i sądzi, że świat powinien dać mu wszystko, czego pragnie, to w sytuacji, gdy coś nie dzieje się po jego myśli, reaguje wściekłością i frustracją. Jednak doznając tych nieprzyjemnych emocji, czuje się z nimi niekomfortowo i nie potrafi sobie z nim poradzić, więc…. odpycha je od siebie i projektuje je na świat zewnętrzny. Słowem, udaje, że wszystkie te przerażające i przykre uczucia są POZA nim. Tę fazę rozwoju nazywa się fazą paranoidalną.

Matka niczym zła czarownica i dobra wróżka
Odpychając od siebie te „złe” emocje, niemowlę czuje jednak, że zupełnie nie znikają, że wciąż są gdzieś w pobliżu, więc…. projektuje je na tego, kto jest najbliżej, czyli… mamę! (lub ojca). Rodzic staje się siedliskiem zła. Matka okropną, przerażającą postacią, czyli… czarownicą, złą matką, straszną macochą (ojciec potworem, olbrzymem, smokiem, ogrem itd). Brzmi znajomo? Tak, te postaci pojawiają się przecież prawie w każdej bajce! I dlatego aż tak bardzo fascynują dzieci, bo odzwierciedlają przeżywane przez nie w głowach fantazje i projekcje.

– Zaraz, zaraz – pytacie. – Czyli dla dziecka matka jawi się jako zła czarownica? Jak radzi sobie z tym jego psychika?

– Ha! I to jest najciekawsze! – krzyczę podekscytowana. – Otóż mniej więcej do szóstego miesiąca życia w świadomości dziecka istnieją dwie matki! Zła czarownica (macocha, straszna królowa itp.) i dobra wróżka (mamusia, chrzestna, czarodziejka itp). Gdy dziecko czuje złość i styka się z matką, widzi w niej Matkę Czarownicę: źródło jego złości. Natomiast, gdy czuje się dobrze, ma do czynienia z Ukochaną Mamusią: Dobrą Wróżką: siedliskiem ciepła i dobra.

To mechanizm obronny, ułatwiający dziecku zmaganie się z życiem. Matka jest dobra, gdy jego potrzeby są zaspokojone i zła, gdy coś go frustruje. Niesamowite, prawda? 🙂

Mniej więcej od siódmego miesiąca życia, gdy w rodzinie dobrze się dzieje, dziecko ma poczucie bezpieczeństwa, wsparcia i miłości, niemowlę zaczyna powoli z tej fazy paranoidalnej wychodzić i uczy się akceptować to, że może czuć „złe” emocje, że nie musi bać się uznać, że są jego częścią. W efekcie przestaje im zaprzeczać. Słowem, mówiąc po dorosłemu: potrafi przyznać, że czuje się wściekłe, że wściekłość jest jego emocją, a nie winą rozwścieczonej Złej Macochy.

Dorośli niczym niemowlęta
Co ciekawe i dające do myślenia, to że niektórzy z tej niemowlęcej fazy paranoidalnej nie wyrastają. Słowem, niektórzy dorośli nadal lokują złe emocje i uczucia wyłącznie w świecie zewnętrznym!

To ludzie „nieskazitelni”, bez winy. To osoby przekonane, że zawsze mają rację. Nie odczuwają wyrzutów sumienia spowodowanych ich niewłaściwym zachowaniem, nie przyznają się do „winy”, to zawsze inni są winni. Są zwykle nieufne, podejrzliwe, posiadające poczucie krzywdy, przepełnione złością, mściwe, zazdrosne, zadufane w sobie, przekonane o własnej wyższości, mające niezachwiane przekonania:

– Swoje wiem i nic mnie nie przekona – mówią.

Dlaczego ta faza: rzutowania negatywnych emocji na świat jest tak kusząca i dla wielu tak trudno z niej wyjść? Bo tak jest łatwiej. Nie lada wyzwaniem jest umieć przyznać się do błędu, winy i tego, że drzemie w nas „zło”. Że to my jesteśmy jego siedliskiem. Zarówno niemowlę, jak i dorosły tak się zachowujący robi to, żeby poczuć się dobrze albo raczej: żeby uniknąć poczucia, że jest źle.

To zrozumiałe, że mamy taką skłonność. Poczucie, że ma się zawsze rację, daje komfort. I odwrotnie: przyznanie się do pewnych negatywnych aspektów naszego jestestwa, niedoskonałości daje poczucie dyskomfortu. Dlatego wielu dorosłych cofa się do okresu niemowlęctwa udając, że wszystkie nieprzyjemne i złe emocje i uczucia są w innych.

Raczej nie jest komfortowe uświadomienie sobie, że jest się zazdrosnym, niezrównoważonym, zawistnym, sfrustrowanym czy konfliktowym człowiekiem. Nie, nie: to świat taki jest. Nie jestem zazdrośnikiem, po prostu mój partner nieustannie daje mi powody do zazdrości. Nie jestem nerwowa, po prostu moje dziecko jest nie-do-wyt-rzy-ma-nia!!!

Sędzia meczu: stronniczy. Szef: ma romans z prezeską, dlatego mnie nie awansuje, bo ona mnie nie lubi. Ludziom: nie można ufać, bo na pewno chcą nas oszukać. Przyjaciel? Niestety w dzisiejszych czasach nie da się nikomu zaufać, fałsz i obłuda. Przetarg? Ustawiony. Wszędzie wokół złe czarownice i potwory.

Tak naprawdę każdy z nas zachowuje się czasem trochę paranoidalnie. To wszystkie te sytuacje, w których obarczamy winą „świat”: męża, dziecko, synową, teścia, sąsiada, polityków, partię, innych kierowców, kontrahenta, Facebooka, Unię Europejską, Tuska itd. Można powiedzieć, że ludzie, którzy zawsze są bez winy i za każdym razem obwiniają o coś innych regresują się do fazy niemowlęcej paranoidalnej. Jednak kluczem jest to, że niektórzy po chwili zdają sobie z tego sprawę i wyskakują z tego regresu. Czego sobie i Wam życzę.

Autor: Natalia Tur